W THE GLOBE I HOGWARCIE

         

Wrażenia z wizyty w The Globe przedstawiają Ola Wanat i Kinga Szeja z klasy 2c: „Okazała półokragła konstrukcja z charakterystyczną zabudową przypominająca mur pruski oraz trzcinowym dachem, przez którego otwór wdziera się wiosenne słońce. Taki widok ukazał się naszym oczom, gdy - po przekroczeniu jednego z londyńskich mostów - stanęliśmy na drugim brzegu Tamizy. Współczesny budynek jest wierną rekonstrukcją teatru elżbietańskiego, usytuowaną blisko miejsca, w którym znajdował się oryginał. Otwarty w 1997 roku stał się atrakcją zarówno dla turystów odwiedzających Londyn, jak i dla miłośników twórczości Szekspira. Tego dnia The Globe odkrył przed nami z pomocą pani przewodnik wszystkie swoje tajemnice. Zwiedzanie The Globe rozpoczęliśmy od indywidualnej wycieczki po wystawie poświęconej twórczości Szekspira i Londynowi jego czasów. Podczas zwiedzania mogliśmy podziwiać m.in. kultowe kostiumy wykorzystywane do adaptacji dramatów Szekspira, niezwykłe makiety XVI wiecznego Londynu i teatru. Część wystawy została przygotowana w formie multimedialnej, dzięki czemu zwiedzający mogli zaznajomić się krok po kroku z rekonstrukcja teatru oraz z twórcami, którzy opowiadali o pracy nad tym niesamowitym projektem. Po dokładnym obejrzeniu wystawy skierowaliśmy się na główną scenę, gdzie poczuliśmy klimat elżbietańskiego teatru. Pani przewodnik, opowiadając nam historię The Globe, zapoznała nas z oryginalnym językiem angielskim, co było dla nas świetnym doświadczeniem. Dzięki jej opowieści zapoznaliśmy się z wieloma faktami dotyczącymi szesnastowiecznego The Globe. Londyn za czasów Elżbiety I Tudor różnił się diametralnie od obecnego. Również w teatrze panowały inne obyczaje. Na widowni podczas przedstawień trwała biesiada. Widzowie jedli i pili rozmaite trunki. Warto dodać, że alkohole były w tym okresie zdrowsze od wody (Tamiza była bardzo zanieczyszczona). Problem stanowiły również toalety, a raczej ich brak. Widzowie, nie chcąc tracić przedstawienia, załatwiali swoje potrzeby pod siebie. Gwar rozmów także nie sprzyjał oglądaniu przedstawienia. Dlatego też najbardziej pożądanymi miejscami były te w obu bokach sceny, gdzie widzowie mogli dosłyszeć słowa aktorów. Warto też wspomnieć, że role zarówno męskie jak i żeńskie odgrywali mężczyźni, a przedstawienia odbywały się tylko przy świetle słonecznym. Jako znaki nocy i dnia służyły symbolicznie malunki na suficie dachu nad sceną, przedstawiające dzień i noc /dobro i zło/.Chęć zachowania do dziś tradycyjnego sposobu wystawiania sztuk powoduje, że - ze względu na warunki pogodowe - spektakle w odbudowanym The Globe grane są jedynie w sezonie letnim“. Wrażenia z wizyty w Warner Bros. Studio przedstawia Anna Dunajewska z klasy 2e: „Harry Potter. Któż to taki? Pewnie każdy słyszał o tym sławnym czarodzieju. A ci, którzy o nim słyszeli i mieli ochotę na ciekawą wycieczkę, ruszyli do Londynu jego śladami. Naturalnie jako fani Harry'ego mieli również zapewnioną atrakcję, jaką okazało się zwiedzanie Warner Bros Studio. Byłam jedną z tych fanek, którym studio nie przyniosło zawodu. Wprawdzie nikt nie pojawił się z moim opóźnionym listem, ale za to miałam okazję spróbować piwa kremowego.

 

Naturalnie nie była to jedyna przyjemność tego dnia, niemniej łatwo ją było zapamiętać, ponieważ przy oglądaniu filmów zawsze zastanawiałam się, jak mogłoby ono smakować. Przyznam, że samo trafienie do studia było niesamowitym przeżyciem. Olbrzymi budynek już z daleka robił spore wrażenie, a po wejściu do środka można było zostać oszołomionym. Wielkie portrety i pamiątki to oczywiście jeszcze nic, jednak już przy wejściu można było poczuć właściwy klimat, gdy zobaczyło się komórkę pod schodami, służącą przez 11 lat za sypialnię Harry'ego Pottera. Zwiedzający zostali przywitani krótkimi filmikami, po czym mogli wejść do świata czarów przez ogromne, początkowo ukryte wrota. Mnogość rekwizytów sprawiała, że nie wiadomo było, na co patrzeć. Sama początkowo błąkałam się bez celu, mając przy tym zapewne dość głupi wyraz twarzy, który nie mógł w pełni wyrazić mojego zachwytu. Już na wstępie nie dało się przegapić szaty wieczorowej Rona, która w filmie chyba u każdego wywołała uśmiech na twarzy. Moim oczom ukazała się również inna garderoba, jak np. sukienki, które miała na sobie Evanna Lynch, wcielająca się w rolę Luny, czy też wspaniale różowe uniformy Dolores Umbridge, postaci znienawidzonej przez większość fanów serii. Także stroje wszelkich bardziej znanych bohaterów były ciągle gdzieś blisko i można było w spokoju napawać się ich widokiem. Choć może jedynie z tym spokojem byłby problem, bo w pomieszczeniach panowało pełne podekscytowania nerwowe zamieszanie. Różdżki, na które niektórzy patrzyli cielęcym wzrokiem, złoty znicz czy reszta małych rekwizytów skłaniały zagorzałych fanów do przystanięcia. Jednak to większe rekwizyty sprawiały, że rzesze ludzi ustawiały się i robiły sobie miliony fotografii. A to zdjęcie przy gabinecie dyrektora, a to przy chatce Hagrida czy gabinecie Umbridge. Ja natomiast nie mogłam przejść obojętnie obok domu Weasleyów, na którego widok myślałam, że padnę na ziemię i nie wstanę. Nie zabrakło nawet drutów robiących samodzielnie wełniany sweter czy też myjącej się patelni. Nie można także zapomnieć o Wielkiej Sali, z której niektórzy zapewne chętnie by nigdy nie wyszli. Sama również bym tak chciała, aczkolwiek była ku temu pewna przeszkoda, a mianowicie skrzaty jakoś nie kwapiły się do podania na stołach jedzenia... a to mogłoby być dość problematyczne. Następnie zwiedzający trafili na zewnątrz, gdzie mogli odetchnąć świeżym powietrzem. Lecz nie zauważyłam, by jakoś szczególnie odpoczywali, gdyż można tam było uwiecznić siebie w aucie Weasleyów czy też Błędnym Rycerzu (czego większość zwiedzających nie omieszkała zrobić). Również Privet Drive 4 i dom Potterów cieszyły oczy. Z większych rekwizytów natomiast znajdowały się tam figury szachowe z pierwszej części przygód młodego gryfona oraz posąg z cmentarza, pojawiającego się z czwartej. Potem, już po ponownym wejściu do środka, przywitały nas między innymi figury Harry'ego czy Draco (który wyglądał jakby miał zaraz kichnąć!) oraz mniej sympatyczne stwory. Ze ściany czujnym okiem obserwowała nas głowa bazyliszka, zaś z sufitu, dybiąc na nasze życie, zwisał Aragog w swej pełnej postaci.

       

Kiedy po raz pierwszy go ujrzałam, chciałam się odsunąć jak najdalej, w końcu jak nie bać się tak olbrzymiego pająka?! Niemniej niektórzy podchodzili zaciekawieni i robili mu zdjęcia. Z przyjemniejszych widoków mogliśmy także zobaczyć tam dementora bez jego szaty (że też nie było mu wstyd) czy nadmuchaną ciotkę Harry'ego. Nie można również zapomnieć o Hardodziobie, który urzekł mnie swoją ruszającą się głową, oraz o Zgredku, który - niestety - znajdował się za gablotką. Wydaje mi się, że zbyt wielu ludzi chciało okazać mu swoje wsparcie i uwielbienie, więc - by zachował się w dobrym stanie - pewnie trzeba było go schować. Rozumiałam to, ale i tak nie pochwalałam tej decyzji, zerkając z troskliwością w jego stronę. Przez chwilę myślałam, że to już koniec, że nic mnie nie zaskoczy. Lecz potem trafiłam na Ulicę Pokątną. Wtedy miałam uczucie, że to jest pełnia szczęścia, a marzenia jednak się spełniają. Co prawda nie zdążyłam kupić swojej pierwszej różdżki u Ollivandera (wystarczyło mi na razie samo spojrzenie ukradkiem przez okno), a resztę sklepów jedynie ogarnęłam wzrokiem, niemniej inaczej być nie mogło! Gdyż na końcu pysznił się najwspanialszy sklep wszechczasów, który sprawił, że w tamtej chwili nawet dementorzy nie byliby mi straszni i nie umieliby mnie stamtąd odciągnąć. A stało się tak dlatego, że moim oczom ukazał się w pełnej okazałości sklep bliźniaków Weasley. Naprawdę, to było coś. Gdy już zrobiłam najtrudniejszą rzecz w moim życiu (czyli odeszłam z tego zachwycającego miejsca), trafiłam do korytarza z małymi makietami (na przykład bijącej wierzby czy statku, którym przypłynęli uczniowie Durmstrangu na Turniej Trójmagiczny) oraz masą grafik. Nie cieszyły się one takim zainteresowaniem jak poprzednie atrakcje, aczkolwiek i tak przy Zgredku większość osób nie umiała się powstrzymać i robiła kolejne pamiątkowe zdjęcia. Jednak możliwe, że to było jedynie przygotowanie. Bo w następnej sali po prostu zaniemówiłam i wiem, że nie byłam odosobniona w tej reakcji. Trzy słowa. Wielka. Makieta. Hogwartu. Była po prostu piękna, wspaniała, niesamowita, zapierająca dech w piersiach! Żeby to zrozumieć, trzeba zobaczyć na własne oczy - innej rady nie ma. Na sam koniec pozostało pomieszczenie z różdżkami, na których były nazwiska osób, biorących udział w tworzeniu filmów. Byli tam i aktorzy, i reżyser, i sama J. K. Rowling. Stamtąd przechodziło się już od razu do sklepu z pamiątkami, w którym spokojnie można było stracić fortunę, co też wielu z nas chętnie uczyniło, zostawiając myślenie o konsekwencjach na dni, w których będzie się miało jeszcze siłę na coś tak racjonalnego. W końcu w tym magicznym miejscu, nie należy przejmować się przyziemnymi sprawami, a czerpać radość ze wszystkiego, co nas otacza. A tam było to całkiem proste!”
 

 

         

Kategoria: Artykuł