ZAPUSTY

         

Tradycyjnie w tłusty czwartek samorząd szkolny postanowił nas utuczyć pączkami – w rewanżu trochę informacji o innych staropolskich zwyczajach… Współcześnie wszyscy wiemy, co oznacza termin karnawał, lecz kto jeszcze używa pięknego, staropolskiego słowa „zapusty”? Zapusty (lub inaczej mięsopusty) to okres zimowych balów, maskarad, pochodów i zabaw. Rozpoczyna się najczęściej w dniu Trzech Króli, a kończy we wtorek przed Środą Popielcową, która oznacza początek Wielkiego Postu i oczekiwania na Wielkanoc. Kiedyś obchodzono zapusty głośno i hucznie. Wówczas to jedzono i pito ponad zwykłą miarę. Po dworach, miastach, a niekiedy i w wiejskich karczmach rozbrzmiewała muzyka, szły tany, słychać było wesołe, specjalnie na mięsopusty przystosowane frantowskie piosenki. Ponadto odbywało się wiele specjalnych zabaw. Po wsiach zaczynały ponownie chodzić turonie, niedźwiedzie i wilki. Mieszczanie i szlachta gustowali natomiast w maszkarach, czyli w zakładaniu masek. Biedniejsza szlachta zabawiała się na kuligach. W ostatnich dniach karnawału kilku znajomych szlachciców porozumiewało się między sobą. Wyjeżdżali na sankach lub wózkach razem z rodziną do najbliższego sąsiada, żądając od niego jedzenia i picia. W tej wędrówce towarzyszyła im także czeladź. Wypróżniwszy piwnicę zabierali gospodarza z rodziną oraz służbą i ruszali do następnego dworu; w ten sposób objeżdżano wiele wsi, by zakończyć eskapadę w miejscu, z którego wyruszono. Ówczesna literatura piękna, a nawet historiografia przedstawiały kuligi jako wesołą zabawę, będącą wyrazem szlacheckiej jowialności i gościnności. W rzeczywistości nie zawsze tak bywało. Jeśli kulig organizowali magnaci, to istotnie charakteryzował się on zbytkiem, przesadną gościnnością, urozmaicały go bale i zabawy oraz efektowna iluminacja. Kuligi urządzała jednak najczęściej biedna szlachta i zabawę tę traktowano przede wszystkim jako pretekst do objadania i opijania sąsiadów. Inicjatorami jej byli nieraz intruzi, których unikano, starając się wyjechać lub zaszyć przed nimi w jakimś odległym folwarku. W zależności od okolic z zapustami wiązały się różnego rodzaju zabawy. Pospólstwo krakowskie np. zabawiało się hucznie na tzw. combrze (do tradycji tej nawiązują współczesne, np. babskie combry), organizowanym w tłusty

 

czwartek przez krakowskie przekupki, które najmowały muzykantów i zebrawszy sporo trunków i wiktuałów tańczyły na miejskim rynku. Podczas tańca potrząsały one nad głowami gałęziami z choiny, obwieszonymi skorupami z jaj. Siłą wciągały do tańca przechodniów, a kto nie chciał hulać, musiał się okupić. Bardzo urozmaicony przebieg miały zapusty w bogatym Gdańsku. Tamtejsze cechy (organizacje rzemieślników jednej specjalności) i gildie (stowarzyszenia kupieckie) wykazywały w organizowaniu ich wiele pomysłowości, np. szyprowie prezentowali tradycyjny taniec marynarski z obnażonymi mieczami. W roku 1637 ze względu na wypadki, jakie miały miejsce w czasie tych występów, rada zabroniła tańca z mieczami na ulicach, rezerwując go dla domu cechowego. W praktyce jednak ów zakaz nie był przestrzegany. Przez miasto przeciągały barwne pochody, w trakcie których inscenizowano obrazy z życia poszczególnych cechów. W dużych miastach największą karnawałową atrakcją były liczne bale i przyjęcia. W Gdańsku urządzano je we Dworze Artusa, w domach cechowych, w prywatnych mieszkaniach patrycjuszowskich. Po sutym poczęstunku rozpoczynano tańce i zespołowe gry towarzyskie. Gdański karnawał słynął w całej Polsce, nic też dziwnego, że w XVII wieku w tamtejszych zabawach karnawałowych uczestniczyli nawet królowie, tłumnie ściągała też na nie szlachta. W końcu XVIII wieku najsłynniejsze bale karnawałowe urządzano w Warszawie. Magnaci, patrycjat miejski dawali uczty, na które spraszano dziesiątki, a nawet setki biesiadników. Bal poprzedzała wykwintna kolacja, a po niej „maski wpuszczano". Tego rodzaju hulanki urządzał także plebs miejski. Czeladź organizowała specjalne zabawy, na które zapraszano nawet córki mistrzów. Czeladnicy musieli jednak czuwać, by były one stale „obtańcowywane". Kto pozwolił swej tancerce podczas tańca stać, płacił karę. Na zabawach grzmiała muzyka, szły tany i rozbrzmiewały rozmaite pieśni. Szczyt zabawy następował w ostatki, czyli w tzw. kuse dni. W miastach i wsiach pojawiali się przebierańcy. Bogate niewiasty charakteryzowały się na Cyganki, Żydówki, wieśniaczki. W miastach można było jrzeć chłopców poprzebieranych za zbójników (w Krakowie zakładali oni papierowe kołpaki, które ozdabiali długimi wstęgami). W bogatszych mieszczańskich i

        

uszlacheckich domach we wtorek wieczorem jeden z dowcipniejszych biesiadników przebierał się za księdza, zakładał koszulę (miała ona symbolizować komżę), stawał na stołku owiniętym wokół materiałem, niby na ambonie i wygłaszał kazanie, czyli pełne dowcipów i dykteryjek przemówienie, w którym żegnał zapusty. Pod koniec zabawy stawiano tzw. podkurek, to jest kolację składającą się z jaj, mleka oraz śledzi, która miała symbolizować przejście od mięsopustnych do postnych potraw. Zabawa kończyła się o północy. Ostatki to czas zabawy, ale w historii Polski mamy przykład bardzo tragicznego wydarzenia, do którego doszło w tak nietypowych okolicznościach. Oto świt 8 lutego 1296 roku. Zaśnieżoną, leśną drogą podążało kilku jeźdźców. Wiedli ze sobą ciężko poranionego człowieka. Jego stan był tak poważny, że dalsza jazda wydawała się niemożliwa. Po krótkiej naradzie ranny został, więc pozostawiony w lesie a jego towarzysze zniknęli na horyzoncie. Po kilku minutach, pozostawiony sam sobie, ranny mężczyzna skonał. Ten mężczyzna to Przemysł II, pierwszy król Polski od czasów Bolesława Śmiałego. Dzień przed śmiercią król Przemysł bawił się na turnieju rycerskim. Jak domyśla się wybitny historyk Benedykt Zientara, ostatki były zapewne nadzwyczaj huczne, skoro nie zauważono obcych ludzi, wkradających się do dworu królewskiego. Zaskoczony we śnie przez zbirów (najprawdopodobniej Brandenburczyków) król chwycił za broń, ale został ranny; pijana straż łatwo dała się obezwładnić. Napastnicy zamierzali pierwotnie uprowadzić Przemysła, ale ponieważ - z powodu znacznego upływu krwi - nie rokował nadziei na doprowadzenie do miejsca przeznaczenia, porzucili go po drodze. 

 

 

 

Kategoria: Artykuł