PROFESOR BENDKOWSKA

         

Wygłaszając laudację dla Pani Profesor, świadom jestem, że muszę doznać porażki. Każda osoba, która zetknęła się z Panią Profesor ma bowiem własną opowieść o tym spotkaniu. I są to opowieści przeróżne, ale zawsze niezwykle intensywne i wyraziste. Równocześnie – właśnie dlatego, że spotkanie z Panią Profesor Bendkowską było doznaniem tak intensywnym – każdemu wydaje się, iż wie więcej i wie naprawdę, jaką osobą jest Pani Profesor. Wszyscy podziwialiśmy twórczy umysł i odwagę sądów naszej Laureatki. Ale już nie wszystkim było dane poznać jej odwagę w zmaganiu się z przeciwnościami losu, zdolność rozpoczynania wszystkiego na nowo, porzucania starych ścieżek i wypuszczania się w nieznane. Pragnęła te cechy dostrzec też w swoich uczniach. Od swoich uczniów żądała trzeźwości i niezależności sądów, otwartego i chłonnego umysłu. Oryginałom i dziwakom potrafiła wybaczyć wiele. Przychodzili więc do szkoły „pastuszkowie” i... te „dzieci natury” chciała Pani Profesor nauczyć logiki, krytycyzmu, precyzji myślenia i jasności wyrażania swoich myśli. To wielu niepokoiło a niektórych przerażało. Nic dziwnego... Cóż zostałoby z większości obecnych uczestników życia publicznego, gdyby postawić ich przed tymi wymaganiami, które swoim uczniom stawiała Pani Profesor? A żądała konsekwencji w rozumowaniu, wyciągania wniosków, uważnego słuchania i analizowania wypowiedzi kolegów, wyrazistego komponowania własnej odpowiedzi. Ci, którzy reagowali w sposób schematyczny i, próbując poradzić sobie z wyzwaniem, zwielokrotniali wysiłki, aby przyswoić jak największą ilość historycznych faktów, tylko rozdrażniali Panią Profesor. Bo Pani Profesor nie o fakty szło, lecz o metodę postępowania z nimi. Dzisiaj po latach jej uczniowie nie pamiętają już faktów,

 

ale to właśnie metoda pracy Pani Profesor wywarła na nas wpływ. Wtedy jako dzieci nie zawsze i nie wszyscy rozumieliśmy, że te żądania, które stawiała nam Pani Profesor, wyrażały szacunek dla nas jako ludzi zdolnych do myślenia, wiarę w potencjał, jaki kryje się w młodym człowieku. Rezygnacja z tych wymagań stanowiłaby przyznanie się do porażki i uznanie uczniów za niezdolnych do refleksji. W każdym uczniu, który się z Panią Profesor zetknął, pozostał jej odcisk-piętno. Dla wielu spotkanie z Panią Profesor było doznaniem formującym. Równocześnie Pani Profesor zachowywała podstawową zasadę etycznego nauczyciela – walczyła z uczniem na lekcjach a po lekcjach walczyła już tylko o ucznia. Szanowna i Droga Pani Profesor! Czym byłby Staszic bez „Ryby”? Na pewno byłby dobrą szkołą. Ale nie byłby tą szkołą, którą znamy i z której jesteśmy dumni. Pierwszy kontakt z profesor Bendkowską dla wielu z nas był jak spotkanie z UFO – po takim spotkaniu nic już nie było takie jak przedtem. Bo Pani Profesor wymagała od nas rzeczy niesłychanej – chciała, byśmy myśleli samodzielnie. Do tej pory były mądre podręczniki. Mądre – a czasem mniej mądre – autorytety. I nagle to my sami musieliśmy być mądrzy. Trzeba było wyciągnąć wnioski, których nie było w żadnej książce, powiązać wydarzenia tak, jak nie zrobił tego do tej pory nikt. Nagle okazało się, że bitwa pod Grunwaldem nie odbyła się tylko dlatego, że akurat był rok 1410, albo dlatego, że rycerstwo się nudziło. Że wszystkie postaci historyczne miały swoje motywacje, emocje, pragnienia. Że historia to nie tabelka z datami do zapamiętania tylko dokonania pokoleń, które żyły przed nami. Pani Profesor nie uczyła od dzwonka do dzwonka. Proces pedagogiczny prowadziła nieustannie – także o godzinie 7.59 w

 

 

drzwiach szkoły albo – o godzinie 20 na ulicy Krakowskiej podczas przypadkowego spotkania. I tak zostało do dziś. Także teraz możemy się od niej czegoś nauczyć, choć przesłanie jest wciąż takie samo – mamy myśleć. Zakładając Stowarzyszenie, Profesor Bendkowska powiedziała nam wyraźnie – myślcie o szkole. Myślcie bez niczyjej pomocy, bo nie zawsze można liczyć na kogoś innego niż my sami.

         
Kategoria: Ludzie